Coraz bardziej się duszę

Coraz bardziej się duszę

Nie mogę oddychać. Duszę się. Coraz dotkliwiej odczuwam brak tlenu. Czuję w płucach narastający ból, który paraliżuje moje ciało i trawi mnie od środka. Jeśli zwróciłem tymi słowami Waszą uwagę, być może Wy również się dusicie i chcecie to w końcu wykrzyczeć. Zróbmy to teraz, zanim zabraknie nam tchu. Zróbmy to, zanim będzie za późno. Zróbmy to ostatkiem sił, aby przyszłe pokolenia mogły oddychać powietrzem lepszego świata.

Felieton ten wbrew pozorom, które może nasuwać na myśl obecnie panująca pandemia, nie dotyczy koronawirusa ani trudności z oddychaniem przez maseczkę. Dotyczy on znacznie gorszych chorób niż covid-19. Dotyczy chorób, przez które jedni cierpią, gdy drudzy na nie zapadają. Chociaż ci drudzy też cierpią, tylko nie zdają sobie z tego sprawy. Mam tu na myśli rasizm, ale także uprzedzenie i nienawiść do drugiego człowieka.

Dedykuję ten tekst pamięci George’a Floyda, czarnoskórego mężczyzny, który 25 maja br. w mieście Minneapolis zmarł w wyniku uduszenia, które nastąpiło podczas policyjnej interwencji. Ubrałem tę sytuację w ten eufemizm tylko dlatego, aby nie zostać posądzony o stosowanie mocniejszych określeń przed oficjalnym wyrokiem sądu. W momencie, kiedy piszę ten tekst, Derek Chauvin, czyli policjant bezpośrednio odpowiedzialny za śmierć Floyda, oskarżony jest o morderstwo drugiego stopnia. Nadmienić należy, że początkowo postawiono mu zarzut morderstwa trzeciego stopnia. Zmienienie kwalifikacji czynu automatycznie zmienia też konsekwencje prawne dla oskarżonego. Morderstwo trzeciego stopnia oznacza „nieumyślne pozbawienie życia w wyniku dokonania czynu niebezpiecznego, bez świadomości konsekwencji”. Według obowiązującego prawa za ten stopień grozi do 25 lat pozbawienia wolności. Zarzut, który obecnie ciąży na Chauvinie oznacza, że istnieją dowody, które wskazują, że pozbawienie życia zostało dokonane ze świadomością konsekwencji czynu, ale nie było zaplanowane. Za ten stopień grozi już do 40 lat pozbawienia wolności.

„Błagam”, „Nie zabijaj mnie”, „Nie mogę oddychać”

O tej sprawie zapewne słyszała większość z Was. Było o niej głośno w wielu mediach, które z każdym dniem informowały o coraz to nowych faktach. Wiemy, że George Floyd został zatrzymany w związku z fałszywym banknotem, którym rzekomo miał próbować zapłacić w sklepie. Wezwani na miejsce policjanci stwierdzili później, że podejrzany był wobec nich agresywny i szamotał się podczas próby aresztowania, a więc konieczne było jego obezwładnienie. Kilkukrotnie obejrzałem opublikowane w Internecie materiały, przedstawiające interwencję owych policjantów. Na nagraniach widać, że dwóch funkcjonariuszy – J. Alexander Kueng oraz Thomas K. Lane – przytrzymywało skutego kajdankami Floyda (wszystkiemu przyglądał się z boku czwarty policjant, Tou Thao), Derek Chauvin natomiast przez ponad 8 minut przyciskał kolanem jego kark, uniemożliwiając mu oddychanie oraz całkowicie ignorując wyraźne i wielokrotne błagania o uwolnienie spod ucisku. 8 minut i 46 sekund – tyle trwało „obezwładnianie” skutego kajdankami Floyda przez stróżów prawa, przy czym podkreślić należy, że przez ostatnie 2 minuty i 53 sekundy George Floyd był już nieprzytomny. Nie krzyczał, nie błagał o darowanie mu życia. Ostatnie zdanie, jakie wypowiedział przed śmiercią, brzmiało: „I can’t breathe” (ang. „Nie mogę oddychać”).

Obrońcy policjantów z Minneapolis wskazują na to, że Floyd był pod wpływem narkotyków, co potwierdziła sekcja zwłok, a więc kontrowersyjne obezwładnienie było wskazane, no bo przecież nie mogli cackać się z „naćpanym, wielkim murzynem”. Istotnie, według raportu lekarskiego w organizmie zmarłego obecna była metamfetamina oraz fentanyl – silnie uzależniający środek przeciwbólowy, używany przez narkomanów jako zamiennik heroiny. Oprócz uśmierzania bólu powoduje euforię, błogostan, przyjemne otępienie. Bardzo znany stał się w 2016 r. kiedy wyszło na jaw, że z powodu jego przedawkowania zmarł Prince, Książę Popu. Wiele osób może mi więc powiedzieć: ciekawe co ty byś mądralo zrobił w sytuacji, kiedy musisz obezwładnić agresywnego, odurzonego prochami faceta. Nie jestem stróżem prawa, nigdy nie stanąłem przed takim zadaniem. Myślę jednak, że mając przed sobą skutego kajdankami (!) dużego chłopa, użyłbym gazu pieprzowego, bezpiecznego nawet wtedy, kiedy nasz podejrzany jest pod wpływem alkoholu lub narkotyków. Wątpię, aby delikwent miał po tym chęci, by stawiać dalszy opór. Paralizatora bym nie użył, ponieważ podejrzenie, że aresztowany jest pod wpływem odurzającej substancji, wykluczałoby jego zastosowanie. Przy pomocy trzech pozostałych kolegów jakoś uporałbym się z wrzuceniem aresztowanego na tylne siedzenie radiowozu. Gdybym naprawdę chciał go szybko unieszkodliwić i dowieźć na komisariat nie czyniąc mu przy tym krzywdy, tak właśnie bym postąpił. W związku z powyższym naprawdę nie widzę najmniejszego powodu, aby skuty kajdankami i unieruchomiony Floyd musiał być dodatkowo przyciskany kolanem do ziemi przez blisko 6 minut (tyle czasu był duszony przy pełnej świadomości). Nie mogę więc, nawet przy największej dozie wyrozumiałości, nazwać jego śmierć „wypadkiem przy pracy”. Za takowy mogę uznać postrzelenie uzbrojonego napastnika, skutkujące jego zgonem. Napastnik jest uzbrojony, stanowi dla mnie i dla innych realne zagrożenie, postrzelenie go byłoby w pełni uzasadnione i konieczne. Duszenie kolanem unieruchomionego przez dwóch policjantów, całkowicie nieuzbrojonego i dodatkowo skutego kajdankami Floyda nie jest w żaden sposób uzasadnione, ponieważ nie stanowił dla nich zagrożenia. Nawet gdyby jakimś cudem rozerwał on swoją nadprzyrodzoną mocą stalowe kajdanki i rzucił się na któregokolwiek z nich, pozostała trójka mogłaby go spokojnie postrzelić. Tak się jednak nie stało. Floyd został uduszony na oczach zebranych dookoła przechodniów, którzy nagrali całe zajście telefonami komórkowymi. Niektórzy ze świadków zdarzenia prosili funkcjonariuszy, aby dali biedakowi zaczerpnąć powietrza. Stróże prawa do samego końca pozostali głusi na prośby. Śmierć Floyda stała się iskrą zapalną od której wybuchły uliczne zamieszki. Rozpoczęły się one już następnego dnia. Początkowo były to pokojowe demonstracje przeciw brutalności policji i trwającym od lat w Stanach Zjednoczonych nierównościom społecznym, jednak ostatecznie przerodziły się w pełne agresji burdy, podczas których dochodziło do podpaleń komisariatów, plądrowania sklepów, kradzieży, rabunków i napaści. Wiele osób zostało rannych, kilkanaście (jak do tej pory) poniosło śmierć. Z obu stron dochodziło do przejawów agresji. Zaznaczyć jednak należy, że nie każdy z uczestników protestów jest prawdziwym protestującym o szczerych zamiarach. Wielu z nich to zwykli przestępcy, którzy w podły sposób wykorzystują ogólne zamieszanie, aby wtopić się w tłum i móc napadać na sklepy, domy i ludzi, rabując przy tym co tylko się da. Obecna sytuacja w Stanach Zjednoczonych jest bardzo napięta. Mimo wprowadzenia w  niektórych miastach godziny policyjnej zamieszki nadal trwają, choć ostatnie relacje mediów zza oceanu donoszą, że całość nieco się uspokaja. Rodzina zmarłego Floyda zaapelowała o zaprzestanie demonstracji, powołując się przy tym na to, że sam George nie chciałby, aby dochodziło do tego, co dzieje się obecnie, o czym świadczą słowa jego żony: „Gdyby obudził się dziś rano i zobaczył płonące Minneapolis, to toby go zniszczyło, kochał to miasto”.

A mury rosną, łańcuch kołysze się u nóg…

Niewątpliwie obecne protesty w Stanach Zjednoczonych powinny się jak najszybciej zakończyć. Obserwuję je od początku i jestem przekonany, że są one najgorszą z możliwych metod, które mogłyby zmienić świat na lepsze. Chęć wykrzyczenia swojego bólu i poczucia niesprawiedliwości z powodu nierównego traktowania oraz uprzedzeń na tle rasowym jest jak najbardziej słuszna, jednak nie może być to krzyk pośród chaosu, ponieważ w ogólnym zgiełku, wśród płonących miast, rozbitych szyb i przewróconych samochodów, nie zostanie on usłyszany. Zmian, szczególnie tych w ludzkiej mentalności, nie dokonuje się za pomocą butelki z benzyną, rzuconej w policyjny radiowóz. Działania nacechowane przemocą nie dość, że nic nie zmienią, to spowodują eskalację konfliktu i pogłębienie nienawiści między ludźmi. Uczestnicy protestów, którzy niszczą mienie i atakują policję, sami pracują na to, aby ci, których mogliby do siebie przekonać, nie obdarzyli ich zaufaniem. Czy można wierzyć w dobre intencje kogoś, kto swoje poglądy wyraża poprzez agresję? Gdy myślę o tych ludziach, przypominają mi się słowa „Murów” Jacka Kaczmarskiego. Utwór, który w latach 80. stał się hymnem „Solidarności” oraz najbardziej znanym polskim protest-songiem, kojarzy większość z nas. Opowiada on o śpiewaku-poecie, który swoją pieśnią zagrzewał otaczających go ludzi do walki o lepsze jutro głosząc, że czarna, bezgwiezdna noc niedługo się skończy i wkrótce nadejdzie dla nich upragniony świt niosący za sobą nowy, lepszy dzień. Ludzie, którzy posłuchali jego głosu, zaczęli śpiewać razem z nim. Zaczęli śpiewać o murach dzielących ludzkość, które runą i pogrzebią stary, pełen zła i cierpienia świat. Piękna, optymistyczna ballada, prawda? Jest ona bardzo często prezentowana m.in. na szkolnych akademiach. Niestety publiczne wykonania, które miałem okazję usłyszeć, kończyły się przeważnie na drugiej zwrotce. Nie każdy więc wie, że utwór Jacka Kaczmarskiego wcale nie jest pieśnią mającą zagrzewać tłumy do zrywu. Przeczy temu trzecia, mało znana zwrotka, oraz następujący po niej refren:

Aż zobaczyli ilu ich, poczuli siłę i czas,

I z pieśnią, że już blisko świt, szli ulicami miast;

Zwalali pomniki i rwali bruk – Ten z nami! Ten przeciw nam!

Kto sam, ten nasz najgorszy wróg!

A śpiewak także był sam.

 

Patrzył na równy tłumów marsz,

Milczał wsłuchany w kroków huk,

A mury rosły, rosły, rosły,

Łańcuch kołysał się u nóg…

 

Patrzy na równy tłumów marsz,

Milczy wsłuchany w kroków huk,

A mury rosną, rosną, rosną,

Łańcuch kołysze się u nóg…

 

„Mury napisałem w 1978 r. jako utwór o nieufności do wszelkich ruchów masowych…” – powiedział po latach Jacek Kaczmarski. Czy słowa przywołanej przeze mnie zwrotki nasuwają Wam teraz na myśl jakieś obrazy? Mnie też. Jestem przekonany, że gdyby Jacek żył, starałby się dziś mocno akcentować ostatnią zwrotkę swojej pieśni. Skoro jednak wówczas została pominięta, czy ktoś by ją teraz usłyszał?

Wiatr odnowy wiał…

Głęboko wierzę, że śmierć George’a Floyda nie pójdzie na marne. Z całego serca pragnę, aby śmierć człowieka, którego ostatnie minuty życia oglądałem na ekranie laptopa, wstrzymując przy tym oddech, stała się iskrą, od której zapłoną nie miasta, a ludzkie serca. Marzę o tym, aby obmyła ona nas wszystkich z nienawiści i sprawiła, żeby już nigdy nikomu nie przeszły przez usta słowa: czarnuch, białas, żółtek. Wiem, brzmię teraz patetycznie, a nawet żałośnie. Ale po prostu byłoby cholernie fajnie, gdyby jednak tak się stało.

Floyd przed śmiercią opublikował w Internecie nagranie, na którym apeluje do młodych ludzi związanych z przestępczą działalnością, zamieszanych w przemoc oraz napady z bronią w ręku, o opamiętanie się i położenie temu kres. Na nagraniu padają słowa: „Nasze młode pokolenie jest wyraźnie zagubione”. Dobrze wiedział o czym mówi. Sam został w 2007 roku oskarżony o napad z bronią w ręku i włamanie się do cudzego domu. Po procesie i ugodzie skazano go w 2009 r. na 5 lat pozbawienia wolności. Po odbyciu kary starał się na nowo ułożyć sobie życie. Pracował jako kierowca ciężarówki i ochroniarz w latynoamerykańskiej restauracji „Conga Latin Bistro”. Właścicielka lokalu oraz ludzie z którymi miał styczność, mówią o jego pogodnej naturze i przyjaznym usposobieniu. Jedna z klientek restauracji napisała w komentarzu na Facebooku: „Floyd kochał uściski ze stałymi klientami”. Jego bliscy mówią, że był „łagodnym olbrzymem, który chciał ułożyć sobie życie”. Jego przeszłość jednak ciągnie się za nim po śmierci. Plamy w życiorysie, które niewątpliwie miał, są mu teraz wytykane. Niektórzy mówią, że „czarny anioł z białymi skrzydłami” nie był taki święty, jakim się go przedstawia. Istotnie nie był. Nikt z nas nie jest święty. Każdy ma na sumieniu mniejsze lub większe grzechy. Ważne, że starał się naprawić swoje błędy.

Oprócz negatywnych skutków całej sytuacji w postaci zamieszek ulicznych i ich ofiar, są także te pozytywne. Zalicza się do nich m.in. internetowa akcja Blackout Tuesday, która odbyła się 2 czerwca. Tego dnia zaangażowane w nią osoby ustawiły czarne tło jako zdjęcie profilowe na swoich kontach w mediach społecznościowych, opatrzone hasztagiem #blackouttuesday. W akcji wzięło udział wielu celebrytów, także z naszej rodzimej, polskiej sceny, np. Dawid Podsiadło, Anna Dereszowska, Maciej Musiał, Dawid Kwiatkowski czy Monika Brodka. Pozytywne jest również to, że po raz kolejny podejmowany jest temat uprzedzeń, nienawiści i nierówności. Smutnym z kolei jest fakt, że cała ta sytuacja wykorzystywana jest także do licznych przepychanek, gier politycznych, potyczek słownych i wojen ideologicznych. Stała się kością niezgody, która obecnie dławi ludzkość, podzieloną na dwie grupy i skaczącą sobie do gardeł. Jedni krzyczą o dyskryminacji czarnych przez białych, inni o dyskryminacji białych przez czarnych, jeszcze inni o dyskryminacji żółtych przez białych i czarnych…  Przyznać muszę, że po części oni wszyscy mają rację. Rasizm, nienawiść i uprzedzenie do drugiego człowieka to choroby, które dotykają ludzi o każdym kolorze skóry. Każdy może być agresorem i każdy może być ofiarą. Przez te choroby cierpimy wszyscy, coraz bardziej się dusząc. Czy kiedykolwiek się z nich wyleczymy? Czy zdołamy oczyścić z nich świat? Czy przyszłe pokolenia będą oddychać lepszym powietrzem, niż my obecnie? The answer, my friend, is blowin’ in the wind. The answer is blowin’ in the wind – odpowiedziałby nam Bob Dylan. Cóż, miejmy nadzieję, że powiewający teraz wiatr przyniesie nam nie tylko odpowiedź, ale i odnowę.

Mateusz Przybyszewski

 

You May Also Like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


The maximum upload file size: 128 MB.
You can upload: image, audio, video, document, spreadsheet, interactive, text, archive, other.
Links to YouTube, Facebook, Twitter and other services inserted in the comment text will be automatically embedded.

%d bloggers like this: