MŁAWA. COVID- 19 NIE ODPUSZCZA. DYREKTOR RYBAK PRZEDSTAWIA SYTUACJĘ

MŁAWA. COVID- 19 NIE ODPUSZCZA. DYREKTOR RYBAK PRZEDSTAWIA SYTUACJĘ

(Źródłowy wywiad znajduje się m magazynie “Pory Roku” wydanie nr5/04/2021).

Od ponad roku naszym życiem rządzi koronawirus. Jednym z newralgicznych miejsc, gdzie skutki pandemii najbardziej dają o sobie znać, jest szpital w Mławie, jeden z kilkuset tzw. szpitali węzłowych. W praktyce oznacza to, że organizację placówki trzeba było zmienić i w krótkim czasie przygotować pomieszczenia dla ciężko chorych, zarażonych niebezpiecznym wirusem. Trzeba było także wydzielić sale do szczepień i odpowiednio je wyposażyć. Ostatnio wojewoda nakazał szpitalowi zwiększenie liczby łóżek dla pacjentów chorych na Covid-19 o 28. Dotychczas było ich 14. Z tego powodu oddział wewnętrzny został przemianowany na covidowy, a chorzy z interny zostali ulokowani w innych salach. Wszystkie te zmiany pociągają za sobą określone nakłady inwestycyjne. O sytuacji czasu pandemii rozmawiamy z Waldemarem Rybakiem, dyrektorem Samodzielnego Publicznego Zakładu Opieki Zdrowotnej w Mławie, który objął tę funkcję 1 marca 2019 roku.

 

Minęły już 2 lata, proszę zdradzić, jak ocenił pan szpital „na dzień dobry”?

Na początku miałem na temat szpitala mało informacji. Ogólna opinia była taka, że szpital ma dosyć dobrą kondycję finansową, nie najgorsze wyposażenie, dosyć dobrą kadrę. Rzeczywistość – jak zwykle bywa – weryfikowała te wieści. Trzeba jednak powiedzieć uczciwie, że nie wszystko było źle, nie wszystko także było tak kolorowo, jakby się wydawało.

A po pierwszym roku zaczął się Covid. Nie miał pan szczęścia, szpital nie był przystosowany, trzeba było wprowadzić zmiany. Zaczął się trudny rok.

Oczywiście. Na początku były jakieś plany, przygotowany był plan wieloletni, na całą kadencję, ale tu trzeba było wszystko zweryfikować, zmodyfikować. Przyszedł marzec, dokładnie 4 marca ub. roku, i wszystko przewróciło się do góry nogami. Cały ubiegły rok do dziś to ciągła walka, walka z wirusem. Początkowo nikt nie wiedział, co to jest i w jaki sposób z tym walczyć. Nie wiadomo było, jak długo przyjdzie nam się z tym wirusem mierzyć. Był nawet pewien optymizm, że może do lata… Jeszcze w lecie niektórzy myśleli, że mamy to już za sobą. Ale to było tylko preludium do tego, co stało się na jesieni. Bo na jesieni było już strasznie…

A jak pan przewiduje, co będzie dalej? Według swojej subiektywnej oceny?

Nie podejmuję się oceny sytuacji… Mamy teraz trzecią falę pandemii. Na razie jeszcze nie wygląda ona tak strasznie jak druga, ale ciągle liczba zachorowań rośnie. Nie wiadomo,  jak długo będzie to trwało, i nie wiadomo, co będzie potem, po trzeciej fali.

Mówi się, że teraz wirus atakuje więcej ludzi młodych, coraz młodszych.

W ubiegłym roku, gdzieś w połowie, powiedziałem, że mamy szczęście, że nie obserwujemy masowych zachorowań dzieci. Ale biorąc pod uwagę obecne doniesienia, inaczej bym to powiedział. Coraz młodsi ludzie zaczynają chorować, i coraz łatwiej jest się zakazić. Podam tylko takie spostrzeżenie. W ubiegłym roku mieliśmy kilka ognisk zakażeń. Na którymś z oddziałów pojawił się pacjent, który podczas przyjęcia do szpitala miał jeszcze utajoną postać choroby, czyli test nie wykazał obecności wirusa, a dopiero później ten wirus się rozwinął. Zakaził kogoś na oddziale, to były wówczas 2-3 osoby. A teraz jest tak, że dwie trzecie osób, które się zetknęły z takim pacjentem w oddziale, też mają objawy choroby.

Personel choruje?

Oczywiście, personel też choruje. Na szczęście teraz jest już pod tym względem lepiej. Ale na początku pandemii jak personel chorował, to było szaleństwo, co się wtedy działo. Jedni chorowali, inni byli wyłączani z pracy, bo musieli być poddani izolacji bądź kwarantannie. Mieliśmy potężne braki kadrowe. Dziś na szczęście część personelu już przechorowała, większość jest zaszczepiona, jest trochę łatwiej, ale niestety, pojawiają się zachorowania również tych, którzy są już zaszczepieni. Z niepokojem obserwuję też, że pojawiają się przypadki zakażenia pracowników, którzy odmówili zaszczepienia się w pierwszej fazie.

Słyszałam, że wówczas ta choroba ma łagodniejszą postać. Czy pan też chorował?

Z tego, co wiem, powtórne zachorowania to nie są ciężkie przypadki, ale słyszałem, że się zdarzają. Ja nie chorowałem, zaszczepiłem się. I czekam na rozwój wydarzeń robiąc to, co powinienem robić. Jak wszyscy czekamy, nie wiedząc co nas jeszcze może spotkać…

To dobrze, że nie złapał pan tej choroby do czasu szczepienia. Choć niektórzy mówią, że lepiej wirusa mieć za sobą, inni nie chcą chorować, tylko czekają…

Co to znaczy, mieć za sobą? Nie wiedzą, co mówią. Ani szczepienie, ani przechorowanie nie daje gwarancji, że ponownie się nie zarazimy i nie będziemy chorować. Trzeba uważać, zabezpieczać się, unikać takich miejsc, gdzie są duże skupiska ludzi, stosować się do poleceń odpowiednich służb.

Czy inaczej tego problemu nie da się obejść, jak tylko izolacją od ludzi?

Nie da się, choć nie jest to normalny stan dla społeczeństwa. Jak bowiem może być tak, żeby ludzie unikali się nawzajem? Ale musimy nauczyć się jakoś z tym żyć, nie tylko przyzwyczaić do tego, co teraz jest. Wiem, że łatwo się tak mówi, gorzej jest to wprowadzić. Na początku każdemu się wydaje, że da sobie z tym radę, ale na dłuższą metę to jest niedobre. Coś zaczyna nam doskwierać, czegoś nam brakuje. Czujemy się źle, nie wiemy dlaczego. Zaczynają się konflikty w rodzinie, wśród znajomych. Patrzymy na siebie wilkiem, to samo w pracy. Zastanawiamy się, czy kolega przychodzi do pracy dlatego, że jest takim pilnym pracownikiem i czy rzeczywiście jest zdrowy. Znamy takie przypadki, że ludzie przychodzą do pracy, a są świadomi, że są zakażeni. Słyszałem o takich przypadkach…

Ja siedziałam prawie miesiąc czasu w domu, ale jak mogłam już wyjść, to po prostu jakbym pana Boga za nogi złapała ze szczęścia.

No właśnie, najgorzej mają ci, którzy są w izolacji, a nie mają objawów, nie są chorzy, a są pozbawieni wolności.  Bo jak człowiek leży chory nawet dwa tygodnie, to nie myśli o tym, żeby wyjść z domu, tylko żeby się lepiej poczuć.

No tak. Ale pierwsza, druga fala za nami. Trzecia fala w trakcie… Szpital sobie poradził z pierwszą, drugą… Były jakieś problemy?

Proszę mnie nie pytać o problemy. Nie chciałbym do tego wracać. To jest dla mnie ogromna trauma, jak sięgnę myślą do tego, co było… Pierwsza fala przeszła w miarę łagodnie, natomiast druga postawiła przed nami nowe, nieznane i trudne wyzwania i tylko dzięki zaangażowaniu większości moich współpracowników wyszliśmy z tego  obronną ręką, mamy dużo doświadczeń, przez co jesteśmy lepiej przygotowani do trzeciej fali. O wiele lepiej niż do pierwszej i drugiej. Przypomnijmy sobie, jak przed rokiem, po powrocie z pracy do domu braliśmy udział w medialnych kursach mycia rąk, prawidłowego zakładania i zdejmowania maseczki oraz gogli i rękawiczek … Któż to dzisiaj pamięta? Na początku nikt nie wiedział, jakie są standardy postępowania z chorym, jak to leczyć, … Sama świadomość, że nie ma lekarstwa, które można podać z przekonaniem, że to jest to właśnie, że to lekarstwo pomaga… Tymczasem nie ma konkretnego lekarstwa na tę chorobę. Dedykowanego. Są jakieś doniesienia, że może to, może tamto, a może Amantadyna. Gdyby był jakiś lek, który byłby skuteczny w stu procentach, z pewnością byłby stosowany. Ale nie ma takiego leku na całym świecie. Jednak nie poddajemy się. Z każdym dniem uczymy się na doświadczeniach własnych oraz innych placówek medycznych. Pojawiły się również uznawane standardy postępowania z pacjentami chorymi na COVID-19, które z oczywistych względów podlegają ciągłej weryfikacji. Od połowy listopada ubiegłego roku regularnie otrzymujemy dostawy leku Remdesivir, który wspomaga leczenie ciężkich przypadków COVID-19. Walczymy o każdego pacjenta. Może taka mała dygresja… o dawnych czasach, za komuny. Powtarzamy często, że wtedy było nam łatwiej żyć. Mieliśmy gdzieś tam, za żelazną kurtyną, jakiś lepszy świat, a przynajmniej wydawało się nam, że tak jest. On może był nie na wyciągnięcie ręki, ale jak się człowiek dobrze postarał, to go znalazł.

To coś tak jak obietnica nieba. Gdzieś jest, ale nie wiadomo, czy się tam trafi…

Na nasze nieszczęście, ten „Lepszy świat”, ta „Ameryka” przyszła do nas. I już nie ma tamtej Ameryki. Prysły złudzenia. Już nie ma tego czegoś, do czego można było uciec, lub przynajmniej wierzyć, że tam jest lepiej, że tam sobie ludzie radzą, że tam mogą inaczej… Musieliśmy wziąć na własne barki kształtowanie rzeczywistości.

Teraz jesteśmy wszyscy równi w obliczu choroby. Nikt nie jest mocniejszy, ani bogatszy, ani biedniejszy… wszyscy są traktowani podobnie.

Na szczęście mamy już szczepionkę, i to nie jedną. Jednak widzimy, co się dzieje z tymi preparatami. Pojawił się problem ze szczepionką AstraZeneki. I nie widomo było, czy ona szkodzi, i czy nie jest to tylko wojna koncernów. To takie nasze piekiełko. U nas, w naszym szpitalu, nie było poważnych niepożądanych objawów chorobowych (NOCh), były tylko przejściowe bóle głowy, stany podgorączkowe… Na szczęście, jak wynika z ostatnich doniesień sytuacja w tym zakresie stabilizuje się.

Ile w tej chwili szpital może przyjąć pacjentów covidowych? Jest oddział typowo przeznaczony na zarażonych pacjentów?

15 marca późnym popołudniem otrzymaliśmy decyzję wojewody, nakazującą nam utworzenie dodatkowych 28 łóżek covidowych, Chcieliśmy jak najdłużej utrzymać się jako zwykły szpital wielooddziałowy, z niewielką liczbą łóżek covidowych, trzeba przecież leczyć także pacjentów niezakażonych. Do momentu otrzymania decyzji mieliśmy nadzieję, że będziemy to mogli robić swobodnie, teraz przyszła decyzja nakazująca nam utworzenie dodatkowych łóżek covidowych, więc w sumie będziemy ich mieli 42, a co dalej – nie wiadomo.

Czy dużo trafia do szpitala pacjentów w tragicznych stanach, którzy długo leczą się sami w domu, a w krytycznym stanie zgłaszają się po pomoc?

Zdarza się, że jest nagły postęp choroby i nie można nic zrobić. W większości trafiają do nas jednak przypadki, gdy pacjentowi wydaje się, że jeszcze da radę. Nie widzi objawów, nie czuje duszności, a jest chory, spada mu saturacja…

Nie ma na to reguły.

Bardzo dużo złych sytuacji można by było uniknąć, gdyby właściwe leczenie było podjęte wcześniej w POZ.  Wiele zależy też od odporności naszego organizmu. Jak wirus trafi na podatny grunt, na organizm, który nie potrafi sobie z nim poradzić, jeśli nie robi się nic długo przed przyjściem do szpitala, to kończy się tragicznie. A jeśli dodatkowo ktoś ma inne choroby współistniejące, które osłabiają organizm, to sytuacja jest bardzo zła.

W tym miejscu aż prosi się o refleksję na temat postawy lekarzy rodzinnych w tej pandemii. Chyba trzeba tu postawić wielki znak zapytania…

Teraz potrzebne nam są spokój i rozwaga. Ja myślę, że w obecnej stanie rzeczy należy odłożyć na bok wszystkie spory i rozrachunki na lepszy czas, abyśmy mogli ze spokojem zająć się leczeniem ludzi.  Teraz skupmy się na tych medykach, którzy chcą pomagać naszym pacjentom, żebyśmy mogli wspierać się wzajemnie. Trzeba wykonywać swoją pracę, i chcemy to robić jak najlepiej. Odłóżmy także na pewien czas ciągłe narzekania i niezadowolenie z mławskiej służby zdrowia, a zauważmy  obiektywnie, że w szpitalu dużo się zmieniło na korzyść pacjenta. Sporo jest pozytywnych aspektów. Chętnie się tym pochwalę w odpowiednim czasie.

To może o planach na przyszłość?

Ubiegły rok zakończyliśmy dodatnim wynikiem finansowym, to raz. Dwa, wykonaliśmy dosyć dobrze kontrakt… Byliśmy finansowani tak jak inne szpitale do wysokości kontraktu, mimo że nie w stu procentach kontrakt był wykonywany. Ostatnio mówiło się, że szpitale muszą teraz miliony zwracać, bo nie wykonały w ubiegłym roku kontraktu. Owszem, był covid i nie wykonały, ale staraliśmy się wykonywać, i to nasze niewykonanie kontraktu nie jest tak wielkie, żebyśmy nie mogli poradzić. Nawet gdybyśmy mieli odpracować ten kontrakt, to damy radę to zrobić bez żadnego problemu. Ale dzisiaj finanse to jest ostatnia rzecz, o której trzeba mówić. Dzisiaj trzeba mówić o tym, żeby zabezpieczyć pacjentów. Tych, którzy trafiają do naszego szpitala, bo mimo tego, że mieliśmy tylko trzy dni na rozszerzenie bazy łóżek covidowych, to już 22 marca osiągnęliśmy pełne obłożenie.

A jak na tym tle wygląda współpraca z NFZ?

W naszym przypadku nie ma żadnych zgrzytów. I być nie może, gdyż NFZ nie może nam nie zapłacić tego co wynika z zawartych umów. Pracowałem tam ponad 11 lat i powiem tak: co roku, mniej więcej o tej porze, w marcu, zaczyna się kontrola NIK, który sprawdza finanse NFZ. Trwa to kilka miesięcy i kończy się w połowie lipca. Każde spóźnienie płatności, które powodowałoby powstanie nieuzasadnionych odsetek, wymaga wyjaśnień, tłumaczenia się. Główny księgowy NFZ na to nie może sobie pozwolić. Osoby, które spowodowałyby coś takiego, kierowane są na komisję dyscypliny finansów publicznych. Łącznie z prezesem… Czym innym są jednak oczekiwania podmiotów leczniczych, aby NFZ płacił ponad wielkości kontraktów. Ten spór ciągle trwa i nie sądzę, aby kiedyś się zakończył, ponieważ ciągle chcielibyśmy otrzymywać więcej, aby więcej zapłacić pracownikom, poprawić jakość świadczeń itd. Musimy jednak pamiętać, że należy też zadbać o racjonalne gospodarowanie publicznymi środkami.

A ja słyszałam opinie, że pracownicy narzekają, iż nie mają dopłat covidowych, nie mają żadnych dodatków. Czy tak to wygląda rzeczywiście?

Ci, którzy mają rzeczywisty kontakt z covidem, otrzymują dodatki do wynagrodzenia. Mamy trzy dodatkowe umowy z NFZ na dodatki covidowe. To są umowy dla pracowników Szpitalnego Oddziału Ratunkowego, pogotowia oraz tych, którzy opiekują się pacjentami na łóżkach covidowych. Być może są takie szpitale, gdzie wymusza się na dyrektorach, by płacili wszystkim pracownikom, ale przepisy mówią jasno, że musi być spełnionych szereg przesłanek łącznie, żeby pracownik był zakwalifikowany do tego dodatku covidowego.

Do stuprocentowej dopłaty do wynagrodzenia musi być oddział, „namaszczony” przez wojewodę?…

My mamy oddział covidowy – to raz. Dwa – pogotowie ratunkowe, czyli ratownicy, lekarze, którzy jeżdżą w pogotowiu. I wszędzie dostają 100 procent. Ale to nie jest tak, że wszyscy pracownicy dostają dodatki covidowe. Niektórym się wydaje, że jak przechodzi korytarzem i spotyka się z potencjalnie zarażonym pacjentem, to już powinien dostać dodatek covidowy. Gdybyśmy tak to interpretowali, to powinni te dodatki dostawać wszyscy, np. za dojazd do pracy, bo w autobusie czy tramwaju też jadą z nami osoby zakażone. To jest takie życzeniowe myślenie…

Słyszałam, że w niektórych szpitalach dodatki dostają lekarze z oddziałów typowo covidowych, a każdy inny, choć też przyjmują pacjentów z covidem – nie. Na przykład na oddział wewnętrzny trafił pacjent, u którego dopiero po dwóch dniach okazało się, że jest zakażony covidem. 

Tak myśląc, trzeba by było zapłacić lekarzom, którzy opiekują się pacjentami na oddziale internistycznym, ale również ortopedycznym i innym, bo przecież z innych oddziałów przychodzą na konsultację, i każdy inny pracownik też musiałby mieć zapłacone. To nie może być kontakt sporadyczny tylko ciągły kontakt. W umowie z NFZ jest wyraźnie określone są przesłanki, które muszą być spełnione, żeby można było dodatkowe pieniądze wypłacić, i to proporcjonalnie do czasu, w jakim ten kontakt występował. Żeby nie było tak, że pielęgniarka na przykład miała piętnastominutowy kontakt z pacjentem i teraz trzeba te 15 minut mnożyć razy dwa. To tak nie działa. Ile trzeba by było służb administracyjnych zatrudniać, żeby wszystko przeliczyć, skontrolować. To nie jest łatwy temat. Ja rozumiem, skąd biorą się oczekiwania pracowników. Ludzie oglądają telewizję, gdzie mówi się, że 100 procent się należy, idźcie do dyrektora, on dostał z NFZ. A u dyrektora dowiadują się, że jest złym człowiekiem, bo nie chce zapłacić. Analizujemy jednak sytuację i wszędzie tam, gdzie konieczne będzie uhonorowanie nadzwyczajnego zaangażowania pracowników, będzie to czynione w miarę posiadanych możliwości.

Dla poprawienia nastroju… Plany przyszłościowe? Modernizacja? Rozbudowa?

Oczywiście, szpital mławski wymaga modernizacji. Nie ma u nas oddziału ratunkowego z prawdziwego zdarzenia. Mówimy o tym od początku, jak tylko przyszedłem tu pracować. Wcześniej ten problem był też opisywany w mediach, mocno krytykowany. Pacjenci SOR tłoczyli się w ciasnym korytarzyku, nie było żadnych warunków. Postawiliśmy ogrzewane kontenery. Można już poczekać w ogrzewanych pomieszczeniach, napić się herbaty. Warunki skromne, ale o wiele lepsze niż były wcześniej. Również do kontenera wyprowadziliśmy także rejestrację pacjentów do planowych przyjęć. Wcześniej połowa tych, co czekali, to nie byli chorzy czekający na pomoc SOR, tylko do Izby Przyjęć. Przeciętny pacjent, który chce skorzystać z usług szpitala nie rozróżnia, co to Izba Przyjęć, a co SOR. Tymczasem pacjenci do planowanego przyjęcia nie powinni mieszać się z pacjentami, który przychodzą na SOR. Pacjent do planowego przyjęcia powinien trafiać na oddział szpitalny. Pomimo trudnej sytuacji wiele niedogodności zostało wyeliminowanych, ale to mało kto zauważa. Wielu jest takich, którzy wolą widzieć to, co jest złe. Poprawiliśmy także pracę nocnej i świątecznej pomocy lekarskiej, w taki sposób, że już nie mam takich wielkich kłopotów ze znalezieniem obsady dyżurowej. Są problemy jeszcze w SOR-ze, ale jest to tak ciężki oddział, że praca tutaj dzisiaj to naprawdę gehenna. A więc raz – zbudowanie SOR z prawdziwego zdarzenia. Dwa – bezwzględnie utworzenie właściwych warunków do obsługi pacjentów poradni specjalistycznych. Proszę zauważyć, że najlepsza powierzchnia w budynkach szpitalnych jest zajęta przez garaże. Te pomieszczenia trzeba przerobić na gabinety lekarskie, może także rehabilitacji. Obecna rehabilitacja to namiastka tego co powinno być zaoferowane pacjentom, zorganizowana w ten sposób, aby formalnie spełniała wymagania NFZ… Chyba że samo wchodzenie po schodach to też rehabilitacja… To nie tak powinno wyglądać. Działania inwestycyjne zaczęliśmy w  końcówce ubiegłego roku, ale druga fala pandemii sprawiła, że proces inwestycyjny musiał zejść na plan dalszy. Obecnie wznawiamy ten proces, ale otwieranie szerokiego frontu inwestycji będzie uwarunkowane tym, z jakimi jeszcze wyzwaniami przyjdzie się nam zmierzyć w związku z trzecią falą pandemii.

Covid pokazał rzeczywiste braki w naszych szpitalach… nie tylko w Mławie.

W naszym szpitalu nie brakuje jakości leczenia, tylko trochę lepszej organizacji, której poprawa jest ograniczona brakiem odpowiedniej bazy lokalowej oraz kompleksowości. My nie powinniśmy silić się na budowanie spektakularnych oddziałów, jak kardiologii inwazyjnej czy neurochirurgii albo innych zakresów świadczeń, które efektownie się rozpoczyna przecięciem wstęgi w blasku fleszy. Nam trzeba robić to, co jest ludziom potrzebne w powiecie, a więc przede wszystkim należy zapewnić kompleksowość leczenia pacjentów, szczególnie internistycznych. Proszę mi powiedzieć, co u nas mieszkańcy powiatu mławskiego robią, jeżeli mają starych rodziców wymagających opieki? Bardzo często wysyłają ich na oddział internistyczny. W szpitalu pacjent otrzymuje konieczną pomoc, ale jego przewlekłe schorzenia powodują, że i tak pacjent nie jest zdolny do pełnego, samodzielnego życia, chociaż jednostka chorobowa, z którą trafił na oddział została wyleczona. I wtedy opiekunowie się buntują. Mówią, że babcia czy dziadek jest niesprawny, co mają z nim zrobić, nie poradzą sobie. A pacjent już nie kwalifikuje się do leczenia w oddziale internistycznym w szpitalu, i jednocześnie jeszcze nie kwalifikuje się do opieki w hospicjum. Brakuje nam zakładu opiekuńczo-leczniczego albo pielęgnacyjno-opiekuńczego. I nikt nie pomyślał, żeby ten pośredni szczebel między interną a hospicjum utworzyć, czyli taki oddział, gdzie pacjent, który nie może sobie poradzić samodzielnie w życiu, znalazłby opiekę. Żeby odciążyć rodzinę. Bo hospicjum to ostatni etap. Planujemy więc zagospodarować również ten obszar potrzeb naszych pacjentów.

Miejmy nadzieję, że to wszystko uda się zrealizować…

Miejmy nadzieję, że nie tylko to ale również wiele innych. Optymistycznie powiem jeszcze, co udało nam się już zrobić. W 2019 roku uruchomiona została poradnia diabetologiczna w ramach kontraktu z NFZ, której nigdy w Mławie nie było. Niestety pojawiają się sygnały, że niekiedy czeka się w kolejce do tej poradni. Kiedyś ten problem nie występował, bo nie było na co czekać. Mimo pandemii udało nam się wprowadzić leczenie osoczem uzyskiwanym z własnej krwi pacjenta. Jest ogromne zainteresowanie leczeniem tą metodą na ortopedii, Wcześniej trzeba było jeździć po kraju, do Płocka, Warszawy. My stosujemy tę metodę bezpłatnie, jest refundowana przez NFZ. Także w oddziale internistycznym leczymy bardziej skomplikowane przypadki niż dotychczas. Dwa tygodnie temu rozpoczęliśmy wykonywanie zabiegów artroskopowych barku, których to zabiegów pacjenci musieli poszukiwać w innych, często odległych szpitalach. Niestety, trzecia fala pandemii każe nam zwolnić trochę nasze działania, a szkoda, bo bardzo potrzebny jest naszym pacjentom większy zakres tych świadczeń.

Dziękuję za rozmowę.

Wanda Cymerman

You May Also Like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


The maximum upload file size: 128 MB.
You can upload: image, audio, video, document, spreadsheet, interactive, text, archive, other.
Links to YouTube, Facebook, Twitter and other services inserted in the comment text will be automatically embedded.

%d bloggers like this: