Walkę lubiłem już od dziecka

Walkę lubiłem już od dziecka

– Ciężka praca to podstawa, ale bez talentu aż tak wysoko się nie zajdzie – mówi mistrz świata w kickboxingu Mirosław Karwiński. Mławianin, obecnie nauczyciel w tutejszym Zespole Placówek Oświatowych nr 2, znalazł się w piętnastce najlepszych polskich kickbokserów uhonorowanych podczas wrześniowej gali z okazji 30-lecia Polskiego Związku Kickboxingu. Wspomina początki i szczytowe momenty swojej kariery. Rozmawiamy także o złotej trójce jego podopiecznych oraz o specyfice uprawianego przez nich sportu.

 

Rozmawiał Krzysztof Napierski

Czternasty najlepszy zawodnik Polskiego Związku Kickboxingu, czyli ostatnich 30 lat, bo tyle właśnie liczy sobie PZKB – to duże osiągnięcie dla mistrza świata i trenera mistrzyni świata?

Wybrana została złota trzydziestka – piętnastu mężczyzn i piętnaście kobiet. Czternaste miejsce wśród mężczyzn jest dla mnie wielkim osiągnięciem, ponieważ warunkiem znalezienia się w tej piętnastce było zdobycie tytułu mistrza świata co najmniej raz – a są osoby, które były mistrzami świata w różnych formułach, niektórzy nawet obok kickboxingu w muay thai, czyli bardzo trudnej formule walki. O tym, jak ciężko było wybrać tę piętnastkę, niech świadczy fakt, że kilku mistrzów świata w ogóle się w niej nie znalazło. Wybierało ją prezydium Polskiego Związku Kickboxingu, czyli fachowcy. Nie był to plebiscyt, nie było to głosowanie. Pod uwagę były brane tytuły, umiejętności, charyzma zawodnika, turnieje w jakich walczył – ich ciężar gatunkowy oraz przeciwnicy, których pokonał. Jest to dla mnie olbrzymie wyróżnienie i może tylko pewien żal, że nie można było rozciągnąć tej piętnastki do dwudziestki, bo wielu moich bardzo dobrych kolegów – świetnych, utytułowanych zawodników – nie znalazło się w tym gronie.

Kto oprócz Ciebie został wybrany?

Z tych najbardziej znanych, to bez żadnej niespodzianki człowiek legenda – nie tylko w Polsce, ale i na świecie – Marek Piotrowski. Każdy kickbokser mojego pokolenia czy też późniejszych szedł w jego ślady. To człowiek, który zdobył mistrzostwo świata amatorów i z paroma dolarami w kieszeni ruszył na podbój Stanów Zjednoczonych. Pokonał wszystkich zawodników w USA, gdzie kickboxing był naprawdę bardzo mocny. Jego walki oglądały miliony Polaków, nagrywano je na starych kasetach magnetowidowych. Marek Piotrowski znalazł się w plebiscycie „Przeglądu Sportowego”, gdzie kickboxing przy innych sportach był mało pokazywany, i zajął miejsce w pierwszej dziesiątce. Było to coś nieprawdopodobnego w tamtych czasach.

Spośród kobiet oczywiście Agnieszka Rylik – wspaniała zawodniczka, oraz Iwona Guzowska i Ania Kasprzak – bardzo dobre koleżanki kadrowe, z którymi wiele lat jeździliśmy i startowaliśmy. Wspaniałe dziewczyny, obecnie w stanie sportowej emerytury, ale nie emerytury od życia publicznego, więc biorą udział w różnych akcjach.

Mógłbym wymieniać po kolei – powiem tylko, że każda z tych osób w pełni zasłużenie znalazła się w rankingu.

A kto z tych najbardziej znanych się nie załapał?

Na pewno Józef Warchoł – również wspaniały człowiek, legenda. Oprócz niego Gerard Zdziarski, Wojtek Wiertel, Piotr Kroczewski… Mógłbym jeszcze wymieniać długo. Wszyscy to bardzo dobrzy zawodnicy. Każdy z tych, których tu przywołałem, zdobywał po kilka medali na mistrzostwach świata lub Europy. To świadczy o tym, jak ciężko było się znaleźć w tej piętnastce.

Wielokrotne mistrzostwo Polski, mistrzostwo świata seniorów… Jak długo i jak ciężko trzeba pracować, żeby zajść aż tak wysoko?

Ciężka praca to podstawa, ale bez talentu aż tak wysoko się nie zajdzie. Trzeba choć jedną rzecz robić lepiej, niż wszyscy na świecie. U mnie taką rzeczą jest lewy prosty – najprostsza technika, a nieprawdopodobnie skuteczna. Wiadomo, na tym najwyższym poziomie każdy jest bardzo dobry, ale ta mała drobinka, iskierka decyduje o tym, że ktoś jest mistrzem, a ktoś nie. Poziom pierwszej setki zawodników jest podobny i decydują naprawdę drobne rzeczy. Potrzebna jest też potężna siła psychiczna, to wszystko dzieje się w głowie.  Siła woli – myślę, że to jest najważniejsze dla zawodnika, bo siłę fizyczną można wyrobić, a z tym się trzeba urodzić.

 

Jakie były Twoje początki z kickboxingiem? Co Cię zainspirowało do uprawiania tego sportu?

Walkę lubiłem już od dziecka. Zawsze chciałem uprawiać boks. W Mławie nie było sekcji bokserskiej, więc sam kupiłem pierwsze rękawice i chodziłem z kolegami na pierwsze potyczki sportowe. Podczas wakacji, gdy byłem w Ciechanowie, zobaczyłem ogłoszenie o naborze do sekcji kickboxingu. Techniki nożne nie były mi wtedy za bardzo po myśli, ale jako że jest to podobne do boksu, spróbowałem. No i, jak się okazuje, z dobrym skutkiem.

Ile miałeś wtedy lat?

Siedemnaście. Tu przy okazji powiem o fajnej rzeczy w kickboxingu: nikt nie zostaje skreślony mimo wieku, gdzie kiedyś w boksie amatorskim zawodnik szesnastoletni nie był przyjmowany, bo był za stary. Teraz to się zmieniło. Ten stereotyp przełamał pewien Rosjanin, który zaczął trenować boks w wojsku i został mistrzem olimpijskim. Jeśli ktoś ma wrodzony talent, złapie technikę i wyrobi w sobie odpowiednie nawyki w czasie kilkakrotnie krótszym niż inni, którzy potrzebują na to lat. Wiek nie jest więc najważniejszy. Zresztą jeden z trenerów polskiej kadry w kickboxingu – mój bardzo dobry kolega – zaczął trenować dużo później ode mnie. Na pewno miał wtedy ponad dwadzieścia lat. Jest w świetnej formie do dziś.

Walką zacząłeś się interesować jako sportem czy metodą samoobrony?

Myślę, że jedno i drugie. Te umiejętności zawsze mogą się przydać w codziennym życiu, a sporty walki też zawsze mi się podobały, lubiłem je oglądać od dziecka. Myślę, że nawet wolałem oglądać boks niż piłkę nożną, chociaż piłkę też bardzo lubiłem. Ale boks zawsze mnie elektryzował. Trenowanie sportów walki daje dużą pewność siebie – w dobrym tego słowa znaczeniu – i dużo większą wiarę we własne siły. Doładowuje nas i daje większe poczucie własnej wartości.

Jak wspominasz szczytowe momenty swojej kariery – zdobycie mistrzostwa interkontynentalnego zawodowców i mistrzostwa świata seniorów?

W 1996 r. zdobyłem tytuł interkontynentalnego mistrza zawodowców, na moich biodrach zawisł wspaniały pas WKA – organizacji stworzonej przez Chucka Norrisa, świetnego kiedyś karatekę. Pokonałem Abdullaha Quaya, który był mistrzem świata w muay thai, dawniej nazywanym boksem tajskim – bardzo twardym stylu walki. Zawodnik walczył ze mną bardzo twardo, faulował, rozbił głowę, ale mimo to wygrałem – i to zdecydowanie – na punkty. Miałem go raz na deskach, ale był to bardzo wytrwały zawodnik, więc walczyliśmy do końca, w szaleńczym tempie, agresywnie, mocno. Walka bardzo podobała się publiczności, a ja miałem świetny doping – do Elbląga, gdzie się odbywała, przyjechały dwa autokary z Mławy, miałem więc swoich kibiców. Wcześniej co prawda zdobywałem medale mistrzostw Europy i świata, ale to był pierwszy zawodowy tytuł, zdobyty po ciężkiej dziesięciorundowej walce. A przeciwnik – dodam – reprezentował słynną holenderską szkołę Chakuriki, która wychowała wielu mistrzów świata w odmianie K-1. Dla jej przedstawiciela wręcz dyshonorem było przegrać walkę.

Kolejny rok to mistrzostwa świata – bardzo licznie obsadzone, bo było ponad 570 zawodników. W mojej kategorii było najwięcej – 29 zawodników, ja stoczyłem cztery walki. Byłem w formie. W finale walczyłem z bardzo silnym fizycznie zawodnikiem z Gabonu. Zawsze chciałem walczyć z czarnoskórym zawodnikiem i właśnie w finale mistrzostw świata udało się, i to ze skutkiem bardzo pozytywnym – zostałem mistrzem świata. To niesamowite uczucie, ukoronowanie wielu, wielu lat treningów. I „Mazurek Dąbrowskiego”!

Moim zdaniem amatorskie mistrzostwa świata są zdecydowanie trudniejsze niż zawodowe. Tam walczę z jednym zawodnikiem, szansa wygrania wynosi pięćdziesiąt procent. Tu walczę z różnymi zawodnikami, a mistrzostwa odbywają się systemem pucharowym: przegrywasz walkę – odpadasz. Mogę trafić od razu na wspaniałego zawodnika i moje lata przygotowań idą na marne. Każdy prezentuje inny styl walki. Zrobić cztery walki, z każdym wygrywając, to jest coś wielkiego. Dlatego amatorskie mistrzostwa świata są tak wysoko notowane.

Jakimi jeszcze ważnymi sukcesami możesz się pochwalić?

Wielokrotne mistrzostwo Polski, na początku w wersji light contact, i brązowe medale mistrzostw Europy. Pierwszy był brązowy medal w Warnie. To były wspaniałe mistrzostwa, bardzo twarde, gdzie w pierwszej trójce było dwóch zawodowych mistrzów świata. Dodam, że w tej samej Warnie Witalij Kliczko – mistrz świata w boksie, a wcześniej kickbokser – przegrał przez nokaut. Także zdobyć tam brązowy medal to jest coś wielkiego.

Bogatym doświadczeniem skutecznie dzielisz się ze swoimi podopiecznymi jako trener. W Mławie najgłośniejsze są dwa nazwiska: Angelika Fijałkowska i Krystian Bielski. Duże sukcesy odnosiła też Milena Matyga, która z tej trójki najszybciej zakończyła karierę kickbokserki. Doskonale pamiętam, gdy w 2010 r. mieszkańcy witali wracającą z zawodów w Belgradzie Angelikę – nową mistrzynię świata juniorów. Jak dalej potoczyły się jej losy?

Obecnie Angelika nie trenuje sportów walki, miała pewne problemy zdrowotne. Jej umiejętności pomagają jej jednak w życiu codziennym ze względu na zawód, jaki wykonuje – jest bowiem policjantką. Jej osiągnięcie – złoty medal – to dla mnie osobiście coś nieprawdopodobnego, bo walki swoich podopiecznych przeżywa się chyba jeszcze bardziej, niż swoje własne. Przy mojej walce coś ode mnie zależy, a tutaj już zawodnik może pod wpływem emocji mniej słuchać trenera. Angelika akurat realizowała nakreśloną wcześniej taktykę. Ja co prawda nie byłem z nią wtedy w Belgradzie, natomiast zadzwoniła do mnie przed walką finałową, mówiąc, że nie wie, co zrobić, bo pokonawszy zawodniczkę z RPA, trafiła w finale na wspaniałą zawodniczkę z Kanady – wyższą, silniejszą. Mówi do mnie, że nie ma na nią atutów. Ja na to: „Angelika, jeśli nie masz innych atutów, to masz przynajmniej te dwa: serce i kondycję”. Ona miała niesamowite serce do walki i kondycję – potrafiła zajeżdżać przeciwnika. Mówię do niej: „Walka może wyglądać brzydko, ale nie dbaj o to”. Najlepszego technika można wyeliminować, jeśli się siądzie na nim i zadaje się ciągle ciosy. On wtedy przestaje być technikiem, bo nie ma miejsca do stosowania tych swoich technik. No i Angelika to zrobiła. Siedziała cały czas na zawodniczce. Walka, jak można się domyśleć, nie była ładna, natomiast była efektywna – Angelika została mistrzynią świata.

Jak wspominasz pozostałą dwójkę?

Milena Matyga to dziewczyna o wielkim talencie, która jako pierwsza z moich podopiecznych zdobyła mistrzostwo Polski, a konkretnie mistrzostwo Polski kadetów. Pojechaliśmy do Krakowa i stoczyła tam aż trzy pojedynki, a to jak na dziewczynę jest bardzo dużo. Trzy świetne pojedynki, gdzie w finale pokonała bardzo utytułowaną zawodniczkę. Milenie, oprócz świetnego talentu, może brakowało tej twardości, którą miała Angelika, natomiast sam talent był u niej niesamowity. Z poważnych zawodów zawsze przywoziła złoto albo srebro, była naprawdę bardzo mocna.

Krystian dwukrotnie zdobył mistrzostwo Polski juniorów, dwukrotnie Puchar Polski, dwukrotnie też był uznawany najlepszym zawodnikiem całej imprezy bez podziału na kategorie wagowe. To świadczy o wyszkoleniu technicznym, co jest bardzo miłe dla trenera. Nie ocenia się tu już brutalnej siły, tylko przygotowanie techniczne i styl, w jakim się wygrywa.

Krystian poszedł jednak później w nieco innym kierunku – zaczął odnosić sukcesy jako zawodnik MMA i wciąż o nim słyszymy…

Krystianowi, gdy osiągnął pewien wiek, sam doradziłem, żeby przerzucił się na MMA, bo w kickboxingu nie miał już szans rozwoju. Mława jest małym miastem. W sportach walki ważni są sparingpartnerzy – jeśli nie masz dobrych sparingpartnerów, nie rozwijasz się. Powinni być naprawdę świetni i zmuszać cię, żebyś pracował na sto procent możliwości. Nie można sparować nawet z trzema zawodnikami i robić tego na pół gwizdka, a gdyby Krystian walczył na sto procent, kończyłoby się to za każdym razem interwencją lekarską. Jeśli chce się dalej rozwijać, trzeba ruszyć do dużego miasta i trenować w dużym klubie. Krystian jeździ teraz codziennie do Olsztyna – do klubu, w którym trenuje również Mamed Khalidov. Dzięki takiemu rozwiązaniu można odnosić sukcesy. Czy będą to sukcesy wielkie – o tym decyduje wiele czynników. Oprócz ciężkiej pracy i talentu, też odrobina szczęścia – jak w życiu. Sport jest bardzo dobrym odbiciem życia.

To były naprawdę wyjątkowe lata, gdy ta trójka odnosiła sukcesy. Byłem wtedy dziennikarzem „Głosu Mławy” i pamiętam, że wciąż pisałem o zdobywanych przez nich trofeach. Za ich sprawą mławski kickboxing zagościł wręcz na stałe w dziale sportowym.

Były to nieprawdopodobne lata. Gdy jeździliśmy na zawody, a jeździliśmy tylko na te najwyższej rangi w Polsce, zawsze przywoziliśmy medale. Nie pamiętam, żeby się zdarzyło, żeby ktoś z tej trójki nie przywiózł medalu. Coś niesamowitego. Gdy wchodziliśmy na halę, to już każdy wiedział, kto przyjechał. Było to dla nas bardzo miłe – małe miasteczko, które z powodzeniem konkurowało z takimi ośrodkami jak Wrocław, Warszawa, Poznań, Gdańsk i wiele innych.

Ważnym atutem tych wspaniałych dziewczyn było to, że one ważyły podobnie, dzięki czemu mogły być dla siebie sparingpartnerkami i dlatego ten rozwój był tak dynamiczny. Po krótkim okresie treningów potrafiły zdobywać laury na arenach ogólnopolskich i międzynarodowych. Pamiętam, jak pojechaliśmy na pierwsze zgrupowanie do Szczytna. Akurat tak się złożyło, że przyjechały tam trzy czy cztery kluby bokserskie z północnej części Polski i miały między sobą sparingi. I zobaczyli te moje dwie dziewczyny – Angelikę i Milenę – i pytają mnie, ile lat one trenują. Ja mówię: „I tak nie uwierzycie”. „No ale powiedz, ile lat”. „Ta trenuje pół roku, a ta jedenaście miesięcy”. Zapadła cisza. Nie chcieli w to uwierzyć. Myśleli, że ich oszukuję. Powiedzieli, że u nich po czterech latach zawodniczki tak nie boksują. To o czymś świadczy.

 

Ostatniego słowa jako trener jeszcze nie powiedziałeś – wciąż szkolisz młodych fighterów, i to nie tylko w kickboxingu. Jakimi jeszcze dyscyplinami się zajmujesz?

Obecnie nie prowadzę stricte klubu sportowego, jak kiedyś – potrzebowałem trochę odpoczynku, żeby zregenerować siły. Prowadzę w małych grupach zajęcia z boksu, muay thai – gdzie nigdzie w okolicy nie ma instruktora tej dyscypliny, więc właśnie w Mławie można poznać tajniki tej twardej sztuki walki – no i oczywiście z mojej koronnej dyscypliny, czyli kickboxingu. W międzyczasie też sam się doszkalałem, skończyłem kurs trenerski. Wybiegając trochę w przyszłość, myślę, że już wkrótce będę chciał wrócić do startów swoich podopiecznych na zawodach – zrobię wtedy nabór i myślę, że do wieku juniorskiego będę miał szanse. Ze starszymi jest trudniej, często grupa się rozsypuje, bo są studia bądź praca – nie jest to sport bardzo dochodowy, więc coś trzeba wybrać. A jako że mam jako jedyna osoba w całym regionie uprawnienia trenerskie w kickboxingu, być może uda mi się stworzyć w szkole, w której pracuję, sekcję kickbokserską. Myślę, że cieszyłaby się zainteresowaniem. Może nawet uda się reaktywować mój klub.

Kickboxing chyba nie jest sportem dla każdego. Jakie trzeba mieć predyspozycje, żeby móc o nim myśleć na poważnie?

Wręcz przeciwnie. Wydaje mi się, że nie ma drugiego takiego sportu – w ogóle, nie tylko wśród sportów walki – który byłby aż tak dla każdego. A to dlatego, że są różne jego wersje. Jest wersja semi contact, obecnie znana bardziej jako point fighting, czyli punktowanie, świetne dla dzieci, kobiet i generalnie dla osób o mniejszych predyspozycjach fizycznych. Nie każdy jest tak twardy, żeby walczyć na ringu, ale każdy może rozwijać technikę i robić to delikatnie na planszy. Jest forma przejściowa – light contact, czyli lekka wersja podobna do full contactu, a więc walki na ringu, ale też odbywa się na planszy. Jest to forma ciągłej walki, lecz z kontrolowaną siłą. No i full contact, czyli formuła, w której ja startowałem – to już walka z nokautami, z uderzeniami i kopnięciami pełną siłą, dla zawodników dobrze się czujących w twardych starciach. Są też formy kiedyś mniej popularne, a teraz bardzo: low kick, czyli z kopnięciem na udo, również twardy styl walki; jest forma K-1, gdzie już dochodzą łokcie i kolana – dla osób lubiących mocne wrażenia. A można również uprawiać – choć u nas jest to mało popularne, natomiast w Stanach niesamowicie – tak zwane musical forms, czyli formy do muzyki, w których właśnie przy muzyce można doskonalić swoją technikę. Także spektrum możliwości uczestniczenia w różnych formach kickboxingu jest naprawdę bardzo szerokie. Zawodnik nawet niemający w sobie tego twardziela, naprawdę może technicznie bawić się w kickboxing, bez żadnego stresu o uszczerbek na zdrowiu.

Kim jest statystyczny kickboxer?

Myślę, że obalę tutaj pewne stereotypy na temat tego sportu. Przede wszystkim polski kickboxing powstał na Politechnice Warszawskiej. Nie jest to więc jakaś bijatyka, lecz sport uprawiany w większości przez ludzi z wykształceniem wyższym. Jest to sport bardzo rozwojowy, dobrze przygotowany od strony szkoleniowej – wszystko jest naprawdę opracowane, jak należy. Co najmniej połowa zawodników posługuje się językiem angielskim, co nie jest częstym zjawiskiem w sporcie. Są to osoby naprawdę na poziomie. Ja również bardzo zwracam uwagę na to, by moi zawodnicy przykładali się do nauki. Na zawodach zagranicznych również potrafią się porozumiewać z innymi w języku angielskim, nawiązać dzięki temu także jakieś relacje towarzyskie. Sprawia to wiele radości i rozwija, otwiera na świat, daje szerokie spojrzenie.

Jak dużo kobiet walczy?

Walczy coraz więcej kobiet. Gdy ja sam zaczynałem trenować, na dwadzieścia osób trenujących były dwie kobiety. Natomiast w ostatnich latach – na dwudziestu trenujących było sześć kobiet. Także ten odsetek się zwiększa. Jeśli miałbym porównać, kobiety są twardsze niż wielu mężczyzn. Czasem gdy kobiecie mówię „Nie musisz tego ćwiczenia robić, bo jest za ciężkie dla ciebie”, ona absolutnie się nie zgadza i chce to robić dokładnie tak jak mężczyzna. To świadczy o wielkiej sile – nie tylko pięści, ale też tej mentalnej.

Fot. zbiory prywatne

 

You May Also Like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


The maximum upload file size: 128 MB.
You can upload: image, audio, video, document, spreadsheet, interactive, text, archive, other.
Links to YouTube, Facebook, Twitter and other services inserted in the comment text will be automatically embedded.

%d bloggers like this: