Zgwałcony w świątyni czyli tragikomiczna historia kochanka dziesiątej muzy

Zgwałcony w świątyni czyli tragikomiczna historia kochanka dziesiątej muzy

Zostałem zgwałcony w świątyni. Konkretnie – w świątyni kultury. Zaprawdę powiadam wam, nigdy więcej seansów z pełną salą. Wracam do kina niszowego, gdzie w całym przybytku X muzy łącznie ze mną przebywa kilka osób. Niestety, nie wszyscy wynoszą kulturę z domu. A już na pewno nie zabierają jej do miejsca, w której przede wszystkim należałoby ją zachować.

Gust filmowy w porównaniu z resztą ludzkości mam chyba dość osobliwy – nie sposób nie dojść do takiego wniosku, gdy na seansach, które wybieram, spotykam zwykle kilka osób. I dla mnie jest to najbardziej komfortowa sytuacja – gdy chcę, wtulony w wygodny fotel, całkowicie odpłynąć, wczuć się w wyświetlane dzieło i spijać kolejne krople odświeżającej ambrozji spływające na spragniony umysł z dużego ekranu. Zapomnieć całkowicie o szarej rzeczywistości i pogrążyć się w świecie fikcji. Dać się zaczarować magii kina…

Doskonale pamiętam, jak wielką przyjemnością było dla mnie spędzić w ten sposób czas na fenomenalnym „Cichym miejscu”, „Tym”, „Doktorze Śnie”, a nawet na którejś z dawniejszych edycji Nocy Horrorów, kiedy to sala kina – ku mojej radości – nie przerażała tłumami. Przepyszne były też wyświetlane w Mławie niezależne filmy krótkometrażowe, nagradzane na kolejnych edycjach festiwalu Grand Off. Cóż mnie więc podkusiło, żeby razu pewnego wybrać się na jeden z polskich hitów kasowych, gromadzących przed ekranami w całym kraju pełne sale?

Owszem, wahałem się dość długo – z jednej strony tematyka filmu, którą zainteresowania mało kto by się po mnie spodziewał, a z drugiej niezbyt przychylne recenzje w mediach. Jednak rekomendacje przyjaciół, które znacznie więcej dla mnie znaczą, przeważyły. I oto pewnego pięknego lutowego wieczoru wkraczam radosny jak szczygiełek do wypełnionego kinomanami holu domu kultury, w kasie i drzwiach do kina witają mnie jak zawsze uśmiechnięte i sympatyczne panie, siadam na jednym z ulubionych miejsc w ulubionym rzędzie i czekam na rozpoczęcie seansu. Niestety – dramatyczne akcje, które spodziewałem się ujrzeć na ekranie, rozegrały się tak naprawdę za moimi plecami.

Środek …-ego rzędu. Kilka pięknych młodych – ale już dorosłych – pań, które postanowiły uprzyjemnić sobie wieczór seansem filmowym. Nie sposób wydedukować, jakiej wysublimowanej przyjemności one zaczerpnęły przez te dwie godziny, nieprędko jednak zapomnę rozkosze, które dzięki nim stały się moim skromnym udziałem. To, co najbardziej utkwiło mi w pamięci z tego emocjonującego ponad miarę seansu, to dobiegające wciąż zza pleców głośne i frywolne rozmowy, gęsto przeplatane donośnym śmiechem, bekaniem, chrupaniem, szelestem torebek i brzękiem butelek. A te ostatnie, wiadomo, ktoś musi przecież później posprzątać (pół biedy, jeśli po drugim filmie, ale jak tego dokonać w dziesięciominutowej przerwie między seansami – i przy założeniu, że z takiego czy innego opakowania coś się jeszcze na podłogę lub fotel wysączy – ten chyba tylko wie, kto z tym karkołomnym zadaniem musi się mierzyć). Zwracanie uwagi przez współoglądaczy nie przyniosło pożądanego efektu – gorące emocje na ekranie skutecznie studziły swawole w feralnym rzędzie. I tak naprawdę po dziś dzień do końca nie wiem, o czym był tamten film, bo nie sposób się było na nim należycie skupić – wsiąknąć bez reszty w fabułę i czerpać z obfitego zdroju wyobraźni twórców rodzimego obrazu. Tym, co najlepiej zapamiętałem, była świetna ścieżka dźwiękowa, która dzięki znakomitemu nagłośnieniu kina choć trochę tłumiła emocje na sali. Aczkolwiek walka była doprawdy nierówna…

Mławskie kino uwielbiam. Stronię od tłumnych multipleksów, przedkładając na nie przyjemność kameralnego spotkania w gronie kulturalnych ludzi, którzy podobnie jak ja chcą się dać porwać we wspaniałe światy na ekranie i spotkać się z nietuzinkowymi bohaterami. I bronił będę tutejszego przybytku X muzy na każdym kroku, odpierając zarzuty malkontentów, którym wciąż czegoś jest tutaj za mało. Ja w naszym kinie czuję się doskonale (podzielają tę opinię nawet wielcy artyści – jedna z gwiazd zeszłorocznego Victor Young Jazz Festivalu radziła wręcz, aby nie przebudowywać sali kinowej, gdyż utraciłoby się wówczas jej fantastyczną akustykę). Szkoda tylko, że tę doskonałość raz na jakiś czas psują mi ci, którzy do przybytku kultury zapomnieli zabrać ze sobą… kultury właśnie! A kulturę, jak wiadomo, wynosi się z domu.

Spotkajmy się więc, kochane kinomaniaczki i drodzy kinomaniacy, na seansie w Mławie – najlepiej na jakimś niszowym filmie. Niech nam barwnej fikcji nie zaburzają zgrzyty dobywające się czasem z szarej rzeczywistości.

Krzysztof Napierski

You May Also Like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


The maximum upload file size: 128 MB.
You can upload: image, audio, video, document, spreadsheet, interactive, text, archive, other.
Links to YouTube, Facebook, Twitter and other services inserted in the comment text will be automatically embedded.

%d bloggers like this: