Zrzuć gębę i pokaż twarz!

Zrzuć gębę i pokaż twarz!

Narzuciliśmy sobie kajdany póz i mód. Przywdzialiśmy gęby, z których nie sposób się uwolnić, i popadliśmy w niewolę konwenansu. Utratę czci i honoru ryzykujemy, gdy na przyjęciu drugi raz sięgniemy do tego samego półmiska. Podanie kawy za wcześnie lub za późno może skutkować konfliktem dyplomatycznym bądź nawet wojną. A wszystko dlatego, że chcemy być lepszymi od innych. Ludzkość sama na siebie ukręciła bicz z własnej pychy.

Lektura protokołu dyplomatycznego potrafi zniechęcić już po kilku stronach. Same reguły dotyczące organizowania i przebiegu oficjalnych przyjęć przyprawiają o dreszcze. W jakiej kolejności i o jakiej porze goście mogą przychodzić na przyjęcia, a gospodarze – witać ich i obsługiwać; kogo przy kim posadzić wokół stołu; co, kiedy, jak (m.in. w jakiej temperaturze) i w połączeniu z czym podawać (zwłaszcza w zakresie napojów alkoholowych); kto, kiedy, do kogo i w jaki sposób ma prawo się odezwać; o jakiej porze i w jakich okolicznościach bez uszczerbku na honorze wznieść toast, wstać od stołu czy kulturalnie opuścić przyjęcie… To tylko niektóre z kwestii, jakie w małym paluszku muszą mieć ci, którzy nie chcą nieopatrznym zachowaniem wywołać konfliktu dyplomatycznego. Bo już położenie łyżeczki nie tą stroną (wypukłą lub wklęsłą) do góry bądź podanie kawy o kilka minut za wcześnie albo za późno mogłoby spowodować poważne reperkusje, a nawet doprowadzić do wojny. Temat rzeka, o którym można by pisać jeszcze długo – dowodem niech będzie fakt, że aby go dobrze opanować, trzeba ukończyć specjalne studia na kierunku „protokół dyplomatyczny”.

To tylko jedna z wielu gąb – jakby to określił Witold Gombrowicz – jakie ludzie od lat sobie przyprawiają, żeby odpowiednio się upozować i „dobrze” wypaść przed innymi. Gąb, od których tak trudno nam się wyzwolić. „Nie ma ucieczki przed gębą, jak tylko w inną gębę” – pisze autor „Ferdydurke”. Jakże piękną postawę buntu wobec tychże zaprezentował jeden z głównych bohaterów słynnego romansu Heleny Mniszkówny „Trędowata”. Pozwolę sobie zacytować dłuższy ustęp: „Waldemar wiedział, że dziadek mimo trzeźwości i rozsądku był zagorzałym fanatykiem własnej sfery i cześć dla niej posuwał aż do fetyszyzmu. Wyobrażał sobie, że arystokracja jest batutą w ręku Boga, że kieruje masą ludzi niżej umieszczonych, orkiestrą ludzkich wrażeń: że nadaje im odpowiednie hasło, każe tłumom patrzeć na siebie, zmusza do kierowania się śladem jej ruchów. Jednej wady pan Maciej nie mógł darować swej fikcyjnej batucie, to jest zamiłowania do cudzych farb, co ją czyniło podobną do maskaradowej pstrokacizny, zakrywającej właściwy grunt. Na wzmiankę pana Macieja, że obcując z nimi, ludzie innych sfer mogą korzystać wiele, Waldemar zawołał z humorem: – A tak, skorzysta, będzie nam wdzięczny. Po co ma nabywać atomami? Może przejąć gremialnie nerwy i kwasy ciotki, jej wytworne i dystyngowane minki. Nauczy się makaroni-zować, uważać zagranicę za wyrocznię, dowie się, że człowiek, który szanuje swą godność, powinien uważać literę „r” za barbarzyński zabytek w alfabecie; wreszcie przekonamy go, że można być skazanym na utratę czci i honoru nie tylko po spełnieniu podłości ale i za… dobieranie drugi raz z półmiska. Wspaniałe nabytki cywilizacji, in summo gradu!”. Pięknie ordynat Michorowski wypunktował pychę i samouwielbienie jaśniepaństwa i z miejsca stał się moim ulubieńcem. Dodatkowy plus za krytykę bezrefleksyjnego uwielbienia wszelkiej obczyzny przy jednoczesnym deprecjonowaniu cennego dorobku rodzimej kultury (aż się przypomina słynna „Żona modna” Ignacego Krasickiego). Ja też, za Kazimierzem Przerwą-Tetmajerem, „wolę polskie gówno w polu, niż fijołki w Neapolu” – przy czym to właśnie owa swojskość i polska tradycja są dla mnie tym fijołkiem, a nie żadnym gównem, jak to było w ocenie różnych Elzonowskich czy innych Ćwileckich.

Na cóż nam te wszystkie maski, pozy i protokoły? Po to, żeby przed kimś okazać się bardziej obytym towarzysko, eleganckim, wyrafinowanym, po prostu – lepszym? Nazywają to dobrymi manierami, ja jednak wolę określać zmanierowaniem, a nawet kabotynizmem i pychą. Wystarczy przecież staropolska grzeczność i gościnność, żeby wyrazić szacunek dla drugiej osoby – te wartości powinny być dla nas drogowskazem. Nie potrzeba stroić się w nie wiadomo jakie piórka i odgrywać nie wiadomo jakich ról, aby być człowiekiem kulturalnym i serdecznym. „Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie” – mówi Jezus na kartach Ewangelii (Mt. 5,37, Biblia Tysiąclecia) – co prawda akurat w kontekście krzywoprzysięstwa, ale myślę, że do wszelkiego przyprawiania sobie gąb jego słowa też pasują doskonale. I to nie tylko w środowiskach arystokratycznych i dyplomatycznych, które przywołałem powyżej.

Wróćmy do Gombrowicza i słynnej – dotyczącej już bardziej przyziemnych sfer życia – lekcji polskiego, podczas której Gałkiewicz nie jest w stanie zachwycić się wielkim poetą Słowackim, do czego zachęca go profesor o znaczącym pseudonimie Bladaczka. Nie umniejszając, Boże uchowaj, dorobku autora „Beniowskiego”, który bez wątpienia „wielkim poetą był”, mamy tutaj doskonały przykład narzucania drugiemu człowiekowi własnej racji, która jest „mojsza niż twojsza”, i zabijania twórczego myślenia, co zdarza się do dziś nie tylko w szkolnictwie i na scenie politycznej. Sam z wykształcenia jestem polonistą i podczas swoich praktyk, a wcześniej także studiów, najbardziej ceniłem tych słuchaczy, którzy potrafili nie zgodzić się z ogólnie przyjętym poglądem i sensownie uargumentować własny. Szkoła, oprócz przekazywania cennej i ubogacającej nas wiedzy, winna uczyć nas myślenia i wyrabiania sobie poglądu na świat, a nie ślepego podążania za stadem zmierzającym wprost w czeluść gigantycznej maszynki do mielenia mięsa, jak to widzieliśmy w słynnym teledysku Pink Floyd. „Pod prąd… bo z prądem płyną tylko zdechłe ryby i ścierwo” – mawiał, inspirując się Zbigniewem Herbertem, ks. Zbigniew Paweł Maciejewski, na którego wykłady z etyki miałem niekłamaną przyjemność uczęszczać. Taki mój współczesny Pan Cogito.

Pycha. Ona, jak mniemam, sprawia, że ci, którzy uważają się za owe „batuty w ręku Boga” i depozytariuszy jedynie słusznej prawdy, chcą nam narzucić swój styl, swoją modę, swoje myślenie – swoją rację, bardziej ichniejszą niż naszą. I pycha też winna temu, że tak często poddajemy się owemu owczemu pędowi, stając się aktorami na cudzej scenie – bo też chcemy być tacy, jak „oni”: ładniejsi, bardziej eleganccy, mądrzejsi… lepsi!

Nikt nie jest lepszy ani gorszy. Bóg stworzył nas na swoje podobieństwo (a jak myśmy to później popsuli, to już inna historia) i wszyscy jesteśmy wobec siebie równi. Nie przyprawiajmy więc sobie nawzajem gąb i nie przystrajajmy się w piórka, w które inni chcą nas ubrać tylko dlatego, że czują się lepsi od nas. Odrzućmy bezkrytycyzm i konformizm, które do niczego dobrego nas nie doprowadzą. Przywołany już wyżej ksiądz Maciejewski stworzył kiedyś świetną prezentację multimedialną, w której pytał, co trzeba zrobić, żeby pójść do piekła. Odpowiedź brzmiała: nic! Nauczmy się więc myśleć i nie bójmy się myśleć. Szanujmy drugiego człowieka, który nie jest w niczym lepszy ani gorszy od nas, ale miejmy też odwagę mieć własne zdanie. I nie utrudniajmy sobie życia zbędnymi protokołami – genialność tkwi w prostocie, a więcej zdziałają życzliwy uśmiech i serdeczny uścisk dłoni, niż kawa podana we właściwej minucie i w odpowiedniej temperaturze.

Krzysztof Napierski

You May Also Like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


The maximum upload file size: 128 MB.
You can upload: image, audio, video, document, spreadsheet, interactive, text, archive, other.
Links to YouTube, Facebook, Twitter and other services inserted in the comment text will be automatically embedded.

%d bloggers like this: